Istambuł – jedno miasto, dwa kontynenty

W tym tygodniu nagrodę w wakacyjnym konkursie otrzymuje Paulina, która zakochała się w Turcji, od pierwszego wejrzenia.Przeczytajcie jej niezwykle bogatą relację!

Jedno miasto – dwa różne kontynenty. Istambuł. Ludzie mówią, że albo go pokochasz albo znienawidzisz. Nie ma nic pośrodku. Chciałam się o tym przekonać na własnej skórze, dlatego w marcu spakowałam plecak i ruszyłam  autostopem w stronę Turcji.

Miasto o 5 rano przywitało mnie słowami Adhan: „Allahu Akbar…” czyli „Bóg jest wielki..”  i za chwilę  pojawiły się pierwsze promienie słońca przywoływane przez melodie dochodzące z pobliskiego meczetu. Kolejnym spostrzeżeniem były uliczki – niemiłosiernie strome i bezlitosne dla obcasów, rowerów a czasem nawet dla zwykłych przechodniów. Nie na darmo Istambuł jest lokalnie nazywany „Yeditepe” czyli „siedem wzgórz”.  Z wielkim plecakiem wraz z moim przyjacielem, przemierzałam miasto w poszukiwaniu właściwego adresu. Cieszę się, że błądziliśmy i gubiliśmy się w różnych zaułkach, bo pozwalało mi to zobaczyć zakątki, w które normalnie zapewne bym się nie zapuszczała. Czasami celowo przystawaliśmy dłużej by podziwiać spokój Bosforu i białe ptaki krążące nad cieśniną tak jakby nigdy nie spały i wcale nie były zmęczone. Na wodzie pojawiały się pierwsze kutry rybackie, które wyruszały na ranny połów.

Istambuł szybko okazał się być moją wielką miłością. Zaskakiwał mnie bardziej niż się tego spodziewałam, a swoje nieliczne wady rekompensował szybko smakiem potraw i zapachem przypraw. Od niedawna zmieniłam trochę swój styl podróżowania. Architektura i sztuka miast były dla mnie ważne, więc  jako niezwykle wybredny i marudny smakosz nie zagłębiałam się za bardzo w tajniki kuchni innych krajów, pochłaniając jedynie wizualne specjały jak budowle, pejzaże czy street art.  Nagle wszystko się zmieniło za sprawą tureckiej gościnności.  Po dwóch tygodniach mieszkania z niesamowitą turecką rodziną stwierdziłam, że kocham jeść i próbować tamtejsze specjały. Nawet rytuał parzenia herbaty, dla nich tak powszedni, dla mnie miał niezwykłe znaczenie. Zaczęłam zadawać miliony pytań, „wtykać łapy w nie swoje sprawy” i żądać by dopuszczono mnie do garów w celu pomocy tudzież obserwacji.  Szybko podróż do Istambułu stała się przygodą dla wszystkich moich zmysłów.

Każde wyjście na miasto miało kompleksowy charakter. Poza tym, że zwiedzałam zabytki i historyczne miejsca zawsze musiałam spróbować czegoś lokalnego, odwiedzić nową restaurację lub bar. Poznawanie miasta rozpoczęłam od strony europejskiej, idąc ulicą Istiklal byłam jednocześnie zachwycona i zirytowana mnogością ludzi. Jeżeli ktoś spacerował La Ramblą w Barcelonie może wyobrazić sobie dwa razy większą La Ramblę z cztery razy większym tłokiem, proszę jeszcze dodać do tego zabytkowy tramwaj, który przejeżdża środkiem tej ulicy non stop trąbiąc na tłum. W końcu udało mi się dotrzeć do celu, czyli Wieży Galata, którą zbudowano w 1384 roku. Niegdyś służyła jako więzienie, wypatrywano z niej wrogów bądź innych zagrożeń. Obecnie jest punktem widokowym dostępnym dla turystów. Od rana kłębią się pod nią niezniechęcone niczym tłumy żądne pięknych widoków.  Zaraz za Wieżą Galata znajduje się kamienica, w której na piątym piętrze  jest niesamowita restauracja z tarasem.  Widok z tarasu jest nieziemski, a doznania jeszcze większe, gdy w tle leci tradycyjna turecka muzyka, a ty zajadasz się baklavą lub Kunefe. Śmiałabym nawet twierdzić, że opcja lepsza niż 10-minutowa wizyta na szczycie wieży.

Czym byłaby wycieczka do Istambułu bez obejrzenia jego najsławniejszych meczetów? Religia jest czymś istotnym na całym świecie, Turcja nie jest wyjątkiem. Choć życie w tym kraju nie jest podporządkowane surowym regułom to jednak na ulicy spotyka się zakryte po kostki kobiety. Nie dajmy się jednak zwieść wyobraźni – nikt nas nie zlinczuje za krótkie spodenki, spódniczki czy bluzkę na ramiączkach, ponieważ jest to coś normalnego, tak jak inne elementy garderoby.  Wchodząc do Błękitnego  Meczetu (Sultanahmed Camii) otrzymuję nakrycie głowy oraz nóg i zdejmuję  buty. To, co tak zachwyca mnie w środku, to prostota i pustka. Piękny i prawdopodobnie największy jaki widziałam dywan oraz żyrandol są jedyną ozdobą dla tego pomieszczenia.  Sprzyja to skupieniu i modlitwie, pozwala poskromić wzrok, który nie ucieka w stronę przepychu ozdób i detali. Po przeciwległej stronie widzę modlących się ludzi, którzy oderwani od rzeczywistości niczym w transie powtarzają słowa modlitwy nie zwracając uwagi na przybywających turystów.  Przy wyjściu ktoś wręczył mi ulotkę na temat spotkania poświęconego religii w Turcji. Postanowiłam, że pójdę i dowiem się czegoś nowego. Przyznam szczerze, że pomijając  podstawy, moja wiedza na ten temat była naprawdę uboga.

Wiadomą rzeczą jest, że człowiek po „całym dniu” spacerów, nauki oraz wydawania z siebie dźwięków zachwytu bywa głodny. Oczywiście ja należę do tej grupy ludzi. Kulinarne podboje kontynuowałam z przyjaciółmi w restauracji „Sultanahmet Koftecisi”, która istnieje od 1920 roku. W menu jest niewiele pozycji, właściwie tylko jedna główna – kulki mięsne „kofte”  podawane z pieczywem oraz sałatkami do wyboru. Do tego oczywiście tradycyjny słony jogurt Ayran, który uwielbiam.

Kolejnym interesującym miejscem zarówno dla muzułmanów jaki i dla katolików jest Hagia Sophia, potężny meczet, który został przeznaczony na muzeum i jest dostępny dla zwiedzających za opłatą. Ci, którzy znają przepych i piękno kościołów mogą być rozczarowani pustką i olbrzymią przestrzenią, która niesie echo. Jednak fani architektonicznych ciekawostek znajdą tam coś dla siebie, na pewno interesujący jest  fakt, że kopuła tego meczetu jest największym tak skonstruowanym sklepieniem. Poza tym w przeszłości Hagia Sophia była kościołem dlatego też „ołtarz” wskazujący Mekkę  jest w niej ustawiony nie w centrum, a na ścianie bocznej. Poza tym na ścianach można podziwiać zachowane malowidła przedstawiające sceny z życia  Jezusa, Marii itp.

Poza wymienionymi już meczetami w tej samej części miasta znajdują się najsłynniejsze bazary – Grand Bazar oraz Spice Baazar. Tam cieszyłam oczy bogactwem różnorodności – od przepięknych ozdób i złotej biżuterii  po zwykłe „odpustowe” pamiątki dla turystów. Miejsca te niczym nie przypominają bazarów jakie widziałam w Polsce. Tam każdy zaczepia Cię, próbuje Ci coś sprzedać, każdy sprzedawca zna podstawy przynajmniej 10 języków obcych… a gdy dowie się, że jesteś z Polski na pewno wspomni coś o klubie „Wisła Kraków” 😉 tak właśnie ujął mnie jeden ze straganiarzy – dzięki temu kupiłam u niego lokalny przysmak „locum”.

Wszyscy kochają stronę europejską. Po tamtej stronie są najpiękniejsze zabytki, najstarsze muzea, najsmaczniejsze kebaby. Mało jest osób, które doceniają uroki azjatyckiej strony, tej zapomnianej przez przejezdnych, krytykowanej przez miejscowych. A jednak ja znalazłam tam coś dla siebie – autentyczność. Właśnie tą prawdziwą Turcję, której nie mogłam znaleźć ani w Grand Baazar, ani w Błękitnym Meczecie. To właśnie po tamtej stronie odwiedziłam Hammam, czyli tradycyjną łaźnię turecką, taką z której nadal korzystają miejscowe kobiety, i to wcale nie te najbogatsze ale te z klasy średniej. Łaźnia ta znajduje się przy samym porcie Karakoy. W środku pracują trzy starsze kobiety, które na początek myją cię, szorują a następnie masują i polewają zimną wodą. Pomieszczenia są podzielone na żeńskie i męskie tak, aby czuć się komfortowo. Atmosfera sprzyja plotkom i pogaduszkom, co oczywiście jest kwintesencją spotkań w Hammam.

Pamiętajmy o tym, że Istambuł to miejsce spotkań różnych kultur. Takie też było moje odczucie gdy w restauracji na „Büyük Çamlica Tepesi” po azjatyckiej stronie  zasiadłam jako jedyna bez nakrycia głowy… a w krótkiej spódnicy. Czułam na sobie spojrzenia ale jednocześnie sama obserwowałam. Restauracja na tym wzgórzu jest naprawdę słynna wśród ludności lokalnej, jest położona w dzielnicy silnie religijnej. Ciągle jest tam niewielu turystów i niesamowity widok na Bosfor od strony azjatyckiej.
Kolejnym miejsce, o którym nie dowiemy się w żadnym przewodniku są kawiarnie „Bambi”. Nie są ani piękne, ani wytworne… to zwykłe masówki z Fast foodem, ale mają tę jedną wyjątkową rzecz – deser zwany „waffle” – coś w rodzaju ciasta gofrowego z owocami, kremem, czekolada i posypkami. Niebo w gębie!

Weekend zapowiadał się ciepło więc wraz z przyjaciółmi postanowiliśmy wybrać się na „Kizil Adalar”, czyli „Wyspę Księżniczki”. Jest to miejsce bajkowe – wyspa, która jest olbrzymim wzgórzem z niesamowitymi widokami. Z portu Karakoy odpływają tam łódki co pół godziny. Na miejscu można wypożyczyć rowery, co oczywiście zrobiliśmy. Naprawdę do wtedy nie zdawałam sobie sprawy ile może radości dać zwykłe obcowanie z naturą. Na wyspie jest również stadnina koni, liczne knajpki i kawiarnie oraz port. Była to niezwykle miła odskocznia od masakrycznie zakorkowanego Istambułu.

Kolejny dzień zakończyłam standardowo… pijąc kawę w kawiarni „Arkaoda” w rejonie Kadikoy. Azjatycka dzielnica studentów. To tam możesz poznać prawdziwą Turcję, to tam porozmawiasz z młodymi ludźmi o tym co czują i co myślą, to tam zjesz „Simit” na śniadanie, a sprzedawca i tak uśmiechnie się do ciebie z pozdrowieniem „Merhaba”. Taką Turcję kocham.

Więcej zdjęć z pobytu Pauliny w Turcji możecie oglądać w naszej galerii na Facebooku.

Leave a comment